
|
~*MITYCZNA PRZESZŁOŚĆ*~
~*SMOCZE BAŚNIE*~ |
Kiedyś stworzyłam zwyczaj, by w każde imieniny miesiąca pisac bajkę. I pisałam. Potem to minęło, lecz dziś jest 09.09.09. Niezwykła data.
Dlatego dziś napisałam "Słowika". Nie wiem, kiedy napiszę cokolwiek jeszcze. Może już nigdy... Ale mam nadzieję, że ta bajka spodoba się choć jakiejś jednej osobie. "Słowik" Czasem bywa tak, że nie od razu dostajemy to, czego pragniemy. Czasem droga do celu usłana jest przeszkodami, których pokonanie wydaje się przekraczać znacznie nasze siły. Czasem… po prostu rezygnujemy, a potem próbujemy sobie wytłumaczyć, że to i tak nie miałoby sensu. A przecież czasem wystarczy tylko się nie poddać. Na gałęzi drzewa przysiadł słowik. Nastroszył piórka, przechylił lekko łepek, a potem czarne paciorki oczu zwrócił ku widnokręgowi, gdzie pojawiła się blada twarz księżyca. Otworzył dziobek i z małego gardełka popłynęły słodkie dźwięki, które stopiły się z nocą. Niezwykła pieśń czarowała wszystko wokół, lecz niepozorny ptak miał tylko jedno marzenie - by dotarła ona wprost do srebrzystej tarczy na niebie. - Dlaczego śpiewasz dla księżyca, nie dla nas? - zapytało drzewo z urazą. - Masz nas tak blisko. Spójrz, moje liście są wspaniałymi słuchaczami, aż rwą się do tańca w rytm melodii. „Lecz ta melodia to coś więcej”, pomyślał słowik. „Coś, czego liście nie pojmą.” - Tańczą, bo ja nimi poruszam - zaprotestował wiatr. - Wiele potrafię. Zagłuszę wszelkie śpiewy, jeśli tylko zechcę - dodał buńczucznie. I jakby na potwierdzenie tych słów zaczął szumieć, pogwizdywać i porywać dźwięki na różne strony świata. „Okrutny wietrze”, przemknęło słowikowi przez główkę, „dlaczego to robisz? Czy ta złośliwość jest w twej naturze, czy chcesz akurat mnie przeszkodzić? Nie przestanę śpiewać, choćbyś roztrwonił każdą nutę mej pieśni.” - Księżyc należy do mnie - szepnęła noc zazdrośnie. - Jest mój i tylko mój. A ciebie, szary ptaszku, zdławię i przesłonię cieniem, by srebrny blask nie dotarł do ciebie. Zamilknij, twój wysiłek bowiem nie ma sensu. Chwilę później całun ciemności okrył skrzydlatego śpiewaka. Melodia zgubiła swą lekkość, nabrzmiała bólem i rozpaczą, lecz się nie urwała. Słowik śpiewał z desperacją, oddając temu całe swe serce i nie odrywając wzroku od coraz wyżej wspinającego się księżyca. „Jesteś coraz dalej”, płakał w duszy ptaszek. „Coraz mniej mam nadziei… Ale nie przestanę śpiewać, bo dopiero wtedy poczułbym, że nadzieja umarła. Dopóki mam siłę wydać z siebie choć jedną nutę, będę to robić. Dla ciebie. Nawet jeśli nigdy mnie nie usłyszysz.” A księżyc wędrował dalej i wydawało się, że nawet nie dowie się o pieśni słowika. Lecz wówczas pogwizdywania wiatru zwróciły jego uwagę. Chwilę później dostrzegł dziwną ciemność wokół nadąsanego drzewa i skierował tam srebrne światło. Nagle cień się rozproszył, wiatr umilkł zaskoczony, a do księżyca dobiegły dźwięki cudnej pieśni, pełnej tęsknoty i wiecznej nadziei. Zasłuchany w nie uśmiechnął się ciepło i uśmiechał się tak aż do momentu, w którym słowik zakończył swój występ. - Czym zasłużyłem na taki dar? - zapytał wreszcie księżyc łagodnym tonem. - Stworzyłeś coś pięknego. - Jestem śpiewakiem - odparł ptaszek skromnie. - Muzyka jest we mnie i muszę ją przekazywać dalej. Ta chciała spotkać ciebie, więc musiałem zrobić wszystko, by tak się stało. Teraz, skoro wiem, że znalazła właściwego słuchacza, mogę ją wyśpiewywać codziennie. Nic nie da mi większego szczęścia. Czasem wystarczy tylko się nie poddać. Rób wszystko, by spełnić marzenie. A potem zrób jeszcze trochę więcej, by naprawdę je urzeczywistnić. Czasem jest tak, że naprawdę nic się nie chce robić. Brak sił, brak motywacji, brak perspektywy. To zupełnie normalne, że tak bywa. U mnie ostatnio ma to ogromny związek z wydawnictwem. Z tym, że nie mogę w żaden sposób nakłonić informatyka do zakończenia kwestii strony. Że przez to mam wrażenie, jakby wszystko się waliło.
Ale to przecież nie znaczy, że nad moim życiem i UGUISU wisi jakieś złe fatum. Nie. Wystarczy, że wezmę los w swoje ręce i wszystko się uda. Wiem o tym, głęboko w to wierzę. Znalazłam dziś w Charakterach krótką opowieść. Niezwykle do mnie przemówiła. Jeśli znajdzie się ktokolwiek, do kogo również przemówi, to choćby dlatego warto podać ją dalej. Do pewnej miejscowości miał przybyć świątobliwy starzec, który posiadł sztukę czytania w ludzkich sercach. Wszyscy mieszkańcy oczekiwali na niego z szacunkiem pomieszanym z bojaźnią. Wszyscy – z wyjątkiem trzynastoletniego rozrabiaki. Chłopak chciał sprawdzić, czy mędrzec rzeczywiście potrafi czytać w ludzkich sercach. Pomyślał, że złapie motyla, schowa w zamkniętej dłoni, a potem zapyta starca, co tam ma. Jeśli starzec odpowie, to wtedy zapyta go, czy motyl jest żywy czy martwy. Gdy mędrzec powie, że martwy, to wypuści owada na wolność; gdy zaś stwierdzi, że żywy, zaciśnie pięść i... Nadszedł długo oczekiwany dzień. Mieszkańcy miasta zgromadzili się na rynku, by wysłuchać mędrca. Jednak zanim ten zaczął mówić, chłopak podszedł do niego i wyciągając rękę z zamkniętą dłonią, zapytał: „Mędrcze, co trzymam w ręce?”. Stary człowiek przez chwilę patrzył na chłopca, a potem odpowiedział: „To motyl, mój synu, to motyl”. Z błyskiem w oku chłopak zadał następne pytanie: „A czy on jest żywy czy martwy?”. Starzec na chwilę zamknął oczy, a gdy je otwarł, powiedział łagodnym głosem: „To jest w twoich rękach, mój synu, to wszystko jest w twoich rękach”. Co poniektórzy wiedzą już, że dziś zainicjowano obchody Międzynarodowego Dnia Sera. To jakże ważne dla świata święto przypada właśnie na 15 marca! ^^"
Zebraliśmy się zatem w lokalu, gdzie zawsze panuje sympatyczna atmosfera i dają naprawdę dobrze zjeść. Jest to lokal "U cyborga" ^__~ Tym razem menu miało być absolutnie poświęcone obchodom. Dzięki temu wszyscy uczestnicy mieli okazję zjeść:
W ramach podarunków wkupnych przekazano dużo pysznych herbatek (już po opakowaniach widać, jak bardzo pyszne są ^^'), wspaniały moździerz oraz wymarzoną książkę "Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika." autorstwa Stephena Kinga. Ale najważniejsze jest to, że frekwencja dopisała :) To było naprawdę bardzo bardzo miłe spotkanie i chcę podziękować wszystkim, którzy ze mną spędzili Idy Marcowe. Dzięki Wam moje urodzinki są dniem, który wspominam z uśmiechem! Dziękuję raz jeszcze :* I ciężko jest wyjaśnić czemu.
Bo niby wszystko się nawarstwiło. Niby Wen i Wena kapryśnie kręcą głowami, wciąż niezadowolone z tego, co piszę. Bo oni chcą, by było lepiej, więcej, szybciej. Nic to. Ważne, że się zadomowili, polubili moją kanapę, zaś Wena z radością podbiera moje perfumy, kochana jędza. I nawet teraz zagląda mi przez ramię i się śmieje rozbawiona. Zaś Wen rozsiadł się wygodnie na kanapie. Dystyngowany pan, popija coś ze szklanki, mam wrażenie, że to whisky. Ale lubię ich towarzystwo. Bez nich jest tak... smutno. No i drukarnia. Same kłopoty z nią, antologia się opóźnia przez to strasznie. Ale okładka będzie cudowna, zawartość nienajgorsza, cena przystępna, a do tego zakładki są przepiękne. No i najważniejsze, że to jakieś zrealizowane w pewnym stopniu marzenie. Potem zabieram się mocno za promocję siebie i "Róży Wiatrów". Bo doszłam do wniosku, że na reklamę trzeba mieć pieniądze. A jak ich nie ma, to czas, bowiem czas to pieniądz ^_^ Poza tym ostatnie trzy dni (jutro czwarty) pomagałam w Polskiej Filharmonii Kameralnej. To głupie, przecież nie chcę pracować w biurze... ale tam bym chciała. Praca z artystami nie jest normalną pracą, więc ma swój urok. Praca w Operze Leśnej jest więcej niż wspaniała ze względu na otoczenie oraz spokój. Tak, spokój właśnie. Bo nikt nie wpadnie do biura z pretensjami, co najwyżej zadzwoni, a telefon już nie jest tak groźny, prawda? Ach, moje serduszko zostąło dziś uraczone podwójną pochwałą na temat korepetycji. Najpierw Marysia stwierdziła, że jak ja jej tłumaczę, to wszystko jest proste i ciekawe. Potem zaś dowiedziałam się, że Miki lubi moje korepetycje, cieszy się na nie i się podczas nich nie nudzi. A więc jednak matmy czy chemii można też uczyć ciekawie :] Jednak najważniejsze, że wróciłam. Muszę grafiki odnaleźć na dysku i wrzucić na inny serwer, by działały, jednak poza tym - jestem. Nie zniknę. Brakowało mi mojej blogowej krainy. Brakowało mi Was :* Tak właśnie :]
Smocza Pani ma dziś urodzinki. I to nie byle jakie, bo dwudzieste siódme. Bardzo ładna liczba, zawsze ją lubiłam... A dzień miałam przedziwny. Z jednej strony kilka razy dopadły mnie łzy w oczach, co chyba jest tylko dowodem na to, że depresja nie daje łatwo się przegonić i trzeba być czujnym oraz ją tępić. Czeka mnie wyprawa do apteki po kolejne zapasy magnezu, bo to broń skuteczna. Udało mi się również w ramach huśtawki emocjonalnej obsztorcować pana S., że może by tak przestał narzekać, że nikt mu nie chce pomóc, skoro ilekroć ja mu pomoc oferuję, to słyszę, iż nic się nie dzieje. O dziwo, chyba dotarło! Co zdecydowanie podniosło moją samoocenę. Zepsułam też prawie forum mojego wydawnictwa (wspominałam, że założyłam wydawnictwo, prawda? ^^') - choć chciałam dobrze. Przez to aż się popłakałam (bo moje słonko włożyło w to sporo pracy, a nie chciałam mu tego psuć), ale on na szczęście pokonał moją żądzę zniszczenia i chaosu. Forum nadal działa. Adres szerszej publiczności udostępnię, jak będzie tam ładniej, o! No ale co bylo dziś naprawdę cudowne, to: - że tyle osób pamiętało o mnie i złożyło mi życzenia - nawet nie sądziłam, jak mnie to wzruszy i ile uśmiechów wywoła - dostałam wspaniały prezent od mojego słońca, a nawet kilka! (ale nie mogę zdradzić za dużo ^^') - i byliśmy na sushi :) - poza tym ugotowałam dziś kolejny eksperyment kulinarny i wyszedł *dumna z siebie* Eksperyment to kurczak z ziemniakami i mango oraz sporo curry. To znaczy było tam jeszcze znacznie więcej przypraw, ale tajemnice Szefa Kuchni i takie tam ;) A na koniec... tak dla odmiany małe wishu-listu: ~ nadal pragnę czarnego Zangetsu ~ chcę ze trzy osoby, którym mogę poprowadzić Crystalicum (dziś dostałam podręcznik! ^^) ~ tablet... tak mnie naszło i jeszcze trzyma... i mam wiele pomysłów, co bym mogła rysować, o! ~ wenoprzywoływacz ~ sukces wydawniczy :] ~ całą serię książek Kiyosakiego ~ motywy smocze nieodmiennie mile widziane ~ zestaw do przyrządzania sushi: wasabi, nori, sos sojowy... (ale to sobie sama kupię) ~ herbatki też nieodmiennie mile widziane ~ bransoletki metalowe jak wyżej ~ a tak naprawdę wystarczą mi ludzie, którym mogę ufać... ARIGATOU, MINNA-SAN :* Dziś doszłam do wniosku, że w gruncie rzeczy jestem masochistką.
Bo jak inaczej nazwać to, że wolę się upokarzać, niż pozwolić komuś zniknąć z mojego życia? Choć tak zapewne byłoby lepiej... Oczywiście, wiem i powtarzam sobie listę powodów, czemu tak robię. Bardzo mocnych i logicznych argumentów. Ale staram się ignorować fakt, że tym samym robię kolejne nacięcia na swojej skórze, przez które powoli sączy się krew. A jeśli już bardzo boli, to szepczę do siebie, że najwyraźniej zasłużyłam. Takie cierpienie... Czy to odkupienie za wszelkie moje winy z przeszłości? Czy to kara, jaką sama sobie narzucam? A może chcę w ten sposób utorować drogę nadziei. I cudowi, który może się wydarzyć. Ilekroć zaglądam na strony, gdzie wciąż pojawiają się osoby, których nie chciałam utracić, czuję dławienie w gardle. Czasem korci, by się odezwać. By napisać "hej, to ja, pamiętacie mnie?". Ale potem obejmuję się mocno ramionami, byle nic nie zrobić. Tylko czytam, choć każde słowo też sprawia ból. Może gdybym wiedziała, czemu to wszystko się wydarzyło, byłoby inaczej. Ale nie wiem, nie rozumiem, nie pojmuję. I tylko jak przekleństwo wraca do mnie ten sen. Koszmar, w którym zostałam zdradzona, w którym bawiono się moim przywiązaniem. Boję się tego snu. Boję się, że może być prawdziwy. Nie mogę znaleźć innego wytłumaczenia niż to, iż ktoś świadomie posłużył się kłamstwem, by wszystko zmienić. Kiedy patrzę na przeszłość, walczę z sobą. I odsuwam się w cień. Ci, którzy chcieli o mnie zapomnieć, po prostu to uczynili. Ja nie potrafię. Ale nie potrafię też żebrać o nic. Więc tylko masochistycznie spoglądam na nich z daleka, żałując, że mnie przy nich nie ma. Płakać już nie będę. Nie chcę... ...niemal niezauważenie nadchodzą Święta. Trochę za szybko, bo wciąż nie mam wszystkich prezentów. Trochę zbyt pospiesznie, bo nie zdążyłam się do nich naprawdę przygotować. Pstryk i po Adwencie. No ale nic to. Pomagałam sporo w domu i pomijając mój pokój, nawet się udało być przydatną. Teraz jeszcze moje małe prywatne gruzowisko...
Z prezentami też mam odwieczny problem. A nawet dwa. Pierwszy to pomysły, drugi pieniądze. Staram się jakoś to rozwiązać, zobaczymy. Np: dla dziadka - kawosza - zrobiłam przyprawę do kawy. Jest pyszna, choć niektórzy by raczej nie mogli jej brać (lub nie chcieli) ze względu na obecność aż 4 przypraw. Ale mi smakowała ^^ A w ogóle to dziś w drodze do kościła zachwycałam się szadzią. Miliardy maleńkich diamencików na trawie, liściach, korze drzew... Coś przepięknego! Współczuję ludziom, którzy nie potrafią dostrzec nic z piękna otaczającego ich świata. Księżniczka uśmiechała się. Nie robiła tego od dawna. Miała wrażenie, że ktoś wlał w nią nowe siły. Miewała ostatnio sny. Złe sny, które mówiły złośliwie, że ludziom nie wolno ufać. Ale odepchnęła ja daleko, bo tylko szkodziły. A teraz po prostu potrafiła spojrzeć na niebo i zaśmiać się głośno. Bo czemu nie? |
|
|
|